sobota, 15 sierpnia 2015

Wpływ pogody na sprzedaż

Deszcz jest najlepszym sposobem na zatrzymanie ludzi w domu. Mniejszy wpływ na sprzedaż ma on w niedzielę, czyli tzw. dzień buraka, kiedy wierni wychodzą z domu ubrani na galowo i udają się do kościoła. Po kościele, żeby nie wracać do domu i nie nudzić się jak mopsy w czterech ścianach, bardzo często decydują się na wypad do świątyni rozpusty, czyli centrów handlowych. Tam, pod jednym dachem mogą zarówno pouprzykrzać życie sprzedawcom, których dzień pracy wypadł właśnie w niedzielę, zjeść jakiś szybki, tłusty i niezdrowy posiłek jak również pozbyć się dzieci w miejscu zabaw (jakkolwiek to się nazywa - chodzi mi tu o kolorowe zamki stojące w piłkach, w których można "utonąć", a przynajmniej "popłyuwać").

Co ważne, samo wejście do Centrum Handlowego nie wymaga nawet wyjścia na okropną pogodę, na dwór i zmoczenia głowy, bo samochód postawić można pod dachem na krytym parkingu. Nieco bardziej problematyczne może być miejsce, do którego trzeba dojść, zostawiając auto. Jeśli pogoda jest zaskakująco nieprzychylna, czyli np. w czasie suchej i słonecznej, nieważne jak mroźnej zimy spadnie deszcz, stanie się odwilż, albo zerwie się śnieżyca, potencjalni
odwiedzający z pewnością zostaną w domach. I jest to katastrofą nie tylko dla organizatorów imprez w plenerze.

Wydarzenia organizowane doraźnie nawet z okazji takich jak Boże Narodzenie czy Walentynki, kiedy dana impreza ma na celu zainspirować odwiedzających co do kupna prezentów oraz od razu odciążyć ich poszukiwaniami. Jeśli w takim przypadku pogoda zawiedzie, impreza może okazać się klapą.



CO MNIE SPOTKAŁO?

W grudniu 2014 roku zorganizowałam Mikołajkowy Bazar Prezentowy. Była to najlepiej rozpromowana w mieście impreza targowa z asortymentem hand made w mieście. O ile cały tydzień pogoda była ładna, o tyle w sobotę spadł deszcz.
Zima była na prawdę ciepła, więc deszcz oznaczał absolutną katastrofę.

Jakie były tego konsekwencje?

Mimo że wystawcy promowani byli w ramach kosmicznie niewysokiej opłaty dla wystawców na głównym portalu miasta i kilku mniejszych, gdzie cena dziennej reklamy zaczyna się od kilkuset złotych w górę, większość była bardzo niezadowolona. Ogniwem zapalnym była jedna z dziewczyn, która wszczęła aferę i przekabaciła na swoją stronę nawet tych wystawców, którzy zdawałoby się początkowo rozumieli, że problem nie wynika z mojego błędu, winy czy wręcz błędu w sztuce.

Doszło do tego, że próbował zawiązać się spisek wystawców, którzy wspólnie chcieli zarządzać zwrotu pieniędzy za wystawienie się. Niestety w umowie nie było czegoś takiego, jak gwarancja odwiedzających i kupujących ich produkty. Ja wywiązałam się z tego, co obiecałam w 100% i nic więcej zrobić nie mogłam.

Nie wiem, gdzie popełniłam błąd, bo najprawdopodobniej nie popełniłam go wcale. Owszem, można było wyjść do ludzi z ulotkami w dniu wydarzenia i rozdać je w pobliżu, ale w deszcz i tak by mokły, zanim ludzie zdołaliby je przeczytać. Można też było wystawić potykasz z informacją, żeby była z daleka widoczna i żeby ludziom łatwiej było trafić do zaułka, w którym znajdował się lokal. Ale czy potykasz z informacją pomógłby komukolwiek trafić do najbardziej znanego zaułka w mieście, w którym znajduje się cała masa obleganych nie tylko w weekendy klubów i dyskotek? Poza tym ta nieznaczna aktywność znacznie podniosłaby koszty przedsięwzięcia.


Mikołajkowy Bazar Prezentowy był dostatecznie dobrze wypromowany, ale tego dnia ludzi na ulicach było znacznie mniej niż zwykle i przemieszczali się oni znacznie szybciej, niż w dzień, kiedy dopisuje pogoda. A na pomogę wpływu mieć nie mogłam.

niedziela, 17 listopada 2013

Których działów firmy warto się pozbyć?

Jak wiadomo im mniej osób, tym łatwiej zarządzać. Jednak w miarę rozwoju firmy ludzi tylko przybywa. Nie koniecznie proporcjonalnie zwiększają się koszty prowadzenia działalności. Przedsiębiorca z melancholią wspomina początki.

Kiedy firma rozwija się i zaczyna prosperować, a ilość zatrudnionych wyraźnie wzrasta, wraz z rozbudową i podziałem kompetencji wyłaniają się w niej działy: dział marketingu, dział IT, dział finansów oraz dział B+R, czyli badań i rozwoju. B+R, podobnie zresztą jak dział marketingu i finansów są w firmie centrum kosztów, czyli komórką, która bezpośrednio nie generuje zysków. Jej utrzymanie natomiast kosztuje.

Co można z tym zrobić?

Z działem marketingu poradzić można sobie łatwo po prostu „wyrzucając go” na zewnątrz firmy, czyli decydując się na outsourcing. Wówczas można zlecać zadania komórce marketingu tylko wtedy, gdy naprawdę jest takie zapotrzebowanie. W momencie, kiedy sytuacja firmy jest stabilniejsza i nie potrzebuje inwestycji w marketing, po prostu zawiesza współpracę, lub nie zleca na zewnątrz żadnych zadań. Unika w ten sposób płacenia za coś, co w danym momencie nie jest potrzebne, bądź produkuje dla samej produkcji.
Dzięki outsourcingowi działu, poza zmniejszeniem kosztów, firma może również zwiększyć efektywność „wyrzuconej” komórki. Jak to możliwe? Agencja Marketingowa taka jak np. POMELOGO składa się z wielu specjalistów zarówno od marketingu i reklamy jak i innych dziedzin. Firma taka, zajmując się różnorodnymi produktami i usługami śledzi różne rynki i branże o wiele szerzej. Jest więc w stanie zaproponować lepsze i efektywniejsze rozwiązania przy koszcie porównywalnym do kosztu zatrudnienia jednego pracownika.




Działem, którego zdecydowanie warto się pozbyć z firmy jest dział finansów i księgowości. Finanse nie należą ani do najprzyjemniejszych ani do najbezpieczniejszych aspektów prowadzenia działalności gospodarczej. O ile na początku, jeśli firma rozlicza się na warunkach ogólnych - przedsiębiorca prowadzi książkę przychodów i rozchodów, w którą systematycznie wypełnia przy każdej otrzymanej i wystawionej fakturze - nie jest jeszcze źle. Kiedy jednak finanse zaczynają zabierać czas przeznaczony na działalność operacyjną firmy, można uznać to za znak, że nastał czas na wybór biura księgowego. Argumentem przemawiającym za przyśpieszeniem tej decyzji jest niebezpieczeństwo związane z pomyłką oraz szybko zmieniające się prawo finansowe dla firm. A jak mówi rzymskie przysłowie: Ignorantia iuris nocet (nieznajomość prawa szkodzi) i wcale nie zwalnia nas z odpowiedzialności. Aby być pewnym, że nie popełnimy błędu, który może nas kosztować na prawdę nie mało, przepisy dotyczące działalności należałoby śledzić praktycznie przez cały czas.



Dział B+R można natomiast powołać mądrze. Można postawić mu za cel szukanie nisz rynkowych z branży, w której działa firma. Wówczas pomysły nie będą wymagały skomplikowanych i czasochłonnych badań marketingowych, których efekty i tak nie byłyby pewne w tak niestabilnym i zmieniającym się otoczeniu, w jakim obecnie żyjemy. Niszowe pomysły wygenerowane przez dział B+R firma będzie mogła szybko wdrożyć, by równie szybko pozyskać z nich przychód. Jednym słowem należałoby stworzyć dział B+R tak, by zarabiał on na siebie.

Czy to możliwe?

Owszem! Doskonałym tego przykładem jest firma Accesto. „Dzieckiem” działu B+R jest tam jest porównywarka kantorów. To internetowe rozwiązanie pozwala na znalezienie najlepszej oferty kursów wymiany walów w kantorach w całej Polsce. Firma Accesto oferuje różnorodne usługi z dziedziny IT dla firm. Jest więc pełna specjalistów i programistów, którzy ze swoją wiedzą i doświadczeniem bez problemu mogą wdrażać wygenerowane przez dział B+R pomysły z branży, ale nie koniecznie z dziedziny IT.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Biznesmen bez szarej komórki. Czy to się da?

Wyobrażacie sobie w dzisiejszych czasach dzień bez telefonu? A szczególnie bez telefonu komórkowego, który większości z nas robi za drugą głowę?

Mam wrażenie, że nazywanie telefonu dodatkową szarą komórką z każdym nowym modelem tego urządzenia nabiera całkiem nowego znaczenia. Dziś bowiem, poza dzwonieniem, SMSowaniem, przesyłaniem zdjęć, dokumentów, wysyłaniem e-maili, robieniem zdjęć, zapisywaniem terminów spotkań telefony mają jeszcze milion innych funkcji dostosowanych do potrzeb różnych użytkowników.

Telefonem można płacić, można nim kupować bilety, słuchać muzyki, nagrywać filmy itd. Nie można obejść się choćby kilkunastu minut, bez wyciągnięcia go z kieszeni i sprawdzenia, która jest godzina. O! Pominęłam jedną z jego najpopularniejszych funkcji - zegarka.
Wyobraźcie sobie, że ja przez ostatnie pół roku żyłam zależna jedynie od tzw. babciofonu, czyli bardzo prostej, ogromnoklawiszowej komórki, która ma tylko 3 funkcje: dzwonienie, wysyłanie/odbieranie SMS oraz wzywanie pomocy. Ta ostatnia bywa czasami niebezpieczna, bo zbyt długie przytrzymanie dowolnego przycisku powodowało przeraźliwe wycie komórki oraz natychmiastowe dzwonienie pod numer 112, czego się praktycznie nie dało zatrzymać. Przy takich niekontrolowanych alarmach ratowało mnie wyciągnięcie baterii. Ale dokopujcie się do baterii jadąc schodami w centrum handlowym, z torbą i obładowani zakupami.
Miałam więc do dyspozycji niebezpieczny aparat bez funkcji sprawdzania poczty. Odcięta od Internetu, do którego uprzednio miałam całkiem swobodny dostęp czułam się jak częściowo unieruchomiona.


Po jakimś czasie nauczyłam się jednak dyscypliny i systematyczności. Pocztę e-mail sprawdza teraz zawsze rano, oraz przed każdym wyjściem. Kiedy wiem, że może pojawić się potrzeba zapisania czegoś ważnego, lub skorzystania z Internetu, zabieram ze sobą netbooka.
Po pół roku babciofion wyzionął ducha i zostałam pozbawiona dzwonienia i wysyłania SMSów. O alarmie nie wspomnę, bo z powodu jego braku wcale nie poczułam się mniej bezpieczna.
Pierwsze dni były trudne, ale później odetchnęłam swobodnie i poczułam się wolna jak ptak. Czułam, jakby wyrosły mi skrzydła! Nikt nie mógł do mnie zadzwonić pod wpływem impulsu z jakąś pretensją, nie mógł wcisnąć mi "superoferty kredytowej" ani zaoferować "lokaty z superpłatnym ukrytym kontem". Ja natomiast nie mogłam się nigdzie spóźnić, bo nie poinformowałabym o tym czekającej na siebie osoby. Jednocześnie nikt nie mógł odwołać spotkania ze mną, co znacznie zmniejszyło rozwalanie mojego tygodniowe planu takimi właśnie sytuacjami, co wcześniej zdarzało się nagminnie.

Ale jak radzić sobie be zegarka? Szacowałam, ile zająć może dana czynność i ile czasu potrzebuję na przemieszczenie się z jednego miejsca na drugie. Zawsze zostawiałam sobie lekki margines. Dzięki temu, poza doskonałą organizacją, znajdywałam czas na czytanie! Czytałam w momentach, kiedy margines okazywał się zbędny i do omówionego spotkania miałam jeszcze trochę czasu.
Dzięki konieczności ustalania marginesów czasu między kolejnymi spotkaniami, udało nawiązać kilka znajomości, kilkukrotnie przystając na chwilę i ucinając sobie miłą pogawędkę.

Nadal zastanawiacie się pewnie, skąd wiedziałam, która jest godzina? Na większości przystanków tramwajowych można z łatwością ją odczytać. Kiedy znajdowałam się na peryferiach miasta, godzinę odczytywałam patrząc z przystanku na kasowniki w tramwajach. Zegary są również na wielu budynkach w mieście. Mam zegar na ekranie monitora oraz w telefonie stacjonarnym, który w okresie bezkomórkowym służył mi za budzik. Zegar mam też w samochodzie. Niestety, przez ten przepych wskaźników czasu nie miałam okazji zapytać o godzinę żadnego z mijanych przystojniaków, a niejednokrotnie zastanawiałam się nad ich reakcją. Bo przecież jak w XXI wieku można nie mieć zegarka?!

Od tygodnia znów mam telefon. Kiedy tylko włożyłam doń kartę, rozległ się nieprzyjemny, powtarzający się dźwięk - skrzynka SMSowa zaczęła się zapełniać. Zanim zdołałam odczytać wszystkie "Numer podany jako nadawca tego SMS próbował połączyć się z tobą X razy..." telefon wydał kolejny przenikliwy dźwięk, dając mi poznać aktualne ustawienia dźwięku dzwonka. Skutek? Od tygodnia znów chodzę podenerwowana, spóźniona, mniej zdyscyplinowana i w każdej chwili narażona na to, że ktoś może coś ode mnie chcieć.

Na zakończenie refleksji odnośnie telefonii komórkowej polecam Wam obejrzeć film obrazujący ten nasz skażony telefonią świat.  




Fenomen piosenki, która nie mogłaby istnieć bez teledysku

Teledysk jest zwykle tylko dodatkiem do piosenki. Sprzed ery Youtube, pozwalał artystom na zaprezentowanie się w telewizji na kanałach muzycznych. Zwiększał też szanse na lepsze pozycje na telewizyjnych listach przebojów, angażując szerszy zakres zmysłów widza. W przypadku braku teledysku bowiem, w momencie grania fragmentu utworu listy przebojów wykorzystywały okładkę płyty, z której pochodziła piosenka.




Piosenka „My Słowianie” nie mogłaby istnieć bez teledysku. Wielokrotnie lecąc w radio nie przykuwała uwagi z powodu zbyt jazgotliwej muzyki, przez którą nie wszystkie słowa były w pełni zrozumiałe. Dopiero w połączeniu z teledyskiem staje się w pełni zrozumiała, wpada w ucho, tłumaczy o czym jest i sprawia, że nie można ustać w miejscu.

Na profilu Youtube pod teledyskiem nie brakuje jednak krytycznych komentarzy o tym, jak prymitywne jest nasze, polskie społeczeństwo, bo wystarczy pokazać cycki i już się wszystkim podoba. Te krytyczne komentarze pochodzą oczywiście od mężczyzn.
Utworem Donatana i Cleo zachwycają się bowiem dziewczyny. I to dziewczyny z całej Polski. Nieśmiało i dziwiąc się same przed sobą, sztucznie pomniejszając swój zachwyt przyznają, że ów kawałek naprawdę im się podoba. Rozprzestrzeniają go w sieci, udostępniając teledysk w różnych social mediach i słuchając piosenkę w kółko do znudzenia.
Co jest tu fenomenem? Pokazanie z zupełnie innej strony naszej polskiej tradycji i folkloru. Media przesycone są pięknymi Mulatkami, wybielonymi Murzynkami, Latynoskami z niezwykłymi krągłościami i Azjatkami (też też!). Nie ma miejsca dla Słowianek, które wszelkimi siłami starają się jakoś upodobnić do mody zgniłego zachodu, wstydząc się i ukrywając swoje tradycje i pochodzenie. A tu niespodzianka! Teledysk, właśnie ten polski kolorowy, wiejski i wstydliwy folklor wychwala. Pokazuje naturalność naszych dziewczyn i ich piękne rysy. Jeśli ktoś nie zwrócił uwagi, to od 0:56 sekundy teledysku do 1:22 pokazane są dziewczyny z dyskotekowymi makijażami i tipsami na wzór zachodniej mody. W roli swojskiej dziewczyny występuje młoda, 17-letnia fotomodelka (aczkolwiek ten wiek dla fotomodelki jest już prawie wiekiem średnim) Luluka Astafiew ukrywająca się pod pseudonimem Luxuria Astaroth.

Teledysk do piosenki My Słowianie promuje naturalność i zachwala piękno słowiańskiej krwi. Piosenka mówi o tym, że nie tylko w ludziach królestwa makaronu płynie gorąca krew. My też ją mamy! Dzięki tej prostej piosence disco polskie dziewczyny poczuły się docenione i naturalnie piękne.

Dołączając do tego wszystkiego modną spódniczkę w swojskie wzory, w posiadanie której chciałaby wejść każda dziewczyna, można powiedzieć, że Cleo i Donatan dali naszym dziewczynom dokładnie to, czego one chciały.



Miara sukcesu

Czy sukces da się zmierzyć? Owszem, ale dla wielu dziedzin i produktów zupełnie inne współczynniki są jego wyznacznikami. Dla wielu firm wyznacznikami sukcesu są przede wszystkim wyniki finansowe. Ale pieniądze nie zawsze muszą być w pełni miarodajną bazą do tworzenia trafnych analiz.

Sukcesy mogą być duże i małe. Dla każdego, w zależności od skali co innego jest sukcesem. Wszystko zależy od wysokości krzesła, na którym siedzimy, a więc i horyzontu, który widzimy, jak również od wielkości nas samych.

Określając miary sukcesu posłużę się przykładem dwóch produktów z całkowicie odmiennych dziedzin: piosenką z teledyskiem oraz mlekiem w proszku.
Polacy głośno brzydzą się muzyki disco. Nawet, gdy w radio słychać jakieś kawałki w stylu disco "na poziomie, czyli takie, których zagrania nie powstydzi się szanujący się DJ, w ciemnym klubie polskie nogi podbiją tumany kurzu ze wszystkich zakamarków parkietu. Publicznie natomiast słysząc ten sam kawałek lecący w radio, każdy wykrzywi twarz w grymasie i wypowiadając słowa krytyki w jego kierunku, bo przecież nie wypada, żeby coś takiego się komuś podobało. I w efekcie nikt danego kawałka nie słucha, a jakaś magiczna siła wywindowuje go do czołówki na listach przebojów.
Donatan & Cleo - wschodzące gwiazdy polskiej estrady, które najprawdopodobniej skończą tak, jak zaczęły - od jednej i na jednej piosence, która jednak na długo nie opuści obowiązkowych pozycji domówkowych list przebojów oraz muzyki do ćwiczeń fitness. W przypadku Donatanta & Cleo i ich głośnego (w wieloznaczeniu) kawałka disco My Słowianie miarą sukcesu może nie być ilość sprzedanych płyt.


Ich utworem zachwycają się dziewczyny z całej Polski, nieśmiało i dziwiąc się samym sobie, sztucznie pomniejszając swój wstyc i zachwyt przyznają, że wstydzą się tego, że taki utwór im się podoba, rozprzestrzeniają go w sieci, udostępniając teledysk w różnych social mediach i słuchając piosenkę w kółko do znudzenia. Wiadomo jednak, że spośród tych najbardziej zachwyconych, bardzo nieznaczny procent kupi płytę. Rozgłos jednak, zdobyty w tak krótkim czasie wśród tak ogromnej społeczności jest niewątpliwie sukcesem.

A jak mierzyć sukces mleka w proszku? A na przykład biorąc skalę znacznie większą, gdyż jeden produkt zbudował silną pozycję rynkową całej korporacji. Nie mówię, że mleko w proszku - jeden spośród kilkudziesięciu produktów z portfela firmy dokonał takiego przełomu i wywindował firmę na pozycję jednej z najlepiej rozpoznawalnych światowych firm, ale przyczynił się w do jej sukcesu w niemałym stopniu. Mowa tu o firmie Nestle i jej nieetycznemu zachowaniu względem afrykańskich matek małych dzieci. 

Dziś mało kto pamięta, jak firma ta weszła na afrykański rynek. Otóż wśród bardzo biednych Murzynek, które dopiero co urodziły dzieci, Nestle rozprowadzało darmowe próbki mleka w proszku, które miały być lepsze, „pełniejwartościowe” niż ich własny pokarm. Kobiety karmiły więc swoje noworodki podarowanym im mlekiem, aż całkowicie straciły własny pokarm. Wówczas firma Nestle zakończyła dystrybucję promocyjnych próbek i zażądała od matek pieniędzy. Kobiety, które ledwie miały pieniądze dla samych siebie, robiły wszystko, by móc wykarmić swoje dzieci. By móc kupić mleko od Nestle.



Tym niehumanitarnym i delikatnie mówiąc nieetycznym zachowaniem Nestle zdobyło rozgłos. Dziś już mało kto pamięta o ich "kampanii promocyjnej" w Afryce, ale o samej marce - każdy. Zatem powiedzenie, "nie ważne co, ważne, żeby mówili" jest tu jak najbardziej trafne, bo kiedyś zapomną, dlaczego mówią, a mówić będą nadal.